Są
takie chwile, które nie przemijają. Nie dlatego, że pamięć jest wierna, lecz
dlatego, że serce nie potrafi ich oddać przeszłości. Wracają niepostrzeżenie —
w zapachu deszczu, w dźwięku tłumu, w ciszy, która zapada po wielkim
wydarzeniu.
Pamiętam
czerwiec 1983 roku. Na Muchowcu padał ulewny deszcz, a jednak nikt nie
odchodził. Staliśmy — przemoknięci, a zarazem szczęśliwi — oczekując na naszego
Ojca Świętego, Jan Paweł II. Nie sposób opisać tamtej radości. Była jak
światło, które przenikało wszystko: twarze ludzi, ich gesty, spojrzenia. W
takich chwilach człowiek czuje, że nie jest sam — że należy do wspólnoty
większej niż on sam.
Minęły
lata, a jednak tamto doświadczenie nie zgasło. W 1999 roku znów czekaliśmy. Tym
razem w Gliwicach — z niepokojem, bo zdrowie Ojca Świętego budziło obawy. Gdy
okazało się, że jednak przyjedzie, coś niezwykłego obudziło się w ludziach. W
ciągu jednej nocy przygotowano wszystko, co potrzebne. Nikt nie pytał, czy się
opłaca, czy zdąży. Działo się coś więcej niż organizacja — rodziła się
wspólnota. Nazwano to później „cudem nad Kłodnicą”. Może słusznie. Bo cud nie
zawsze polega na tym, że zmienia się rzeczywistość — czasem wystarczy, że
zmienia się człowiek.
Dziś
myślę, że Ojciec Święty nie odszedł. Jego obecność nie skończyła się wraz z
jego ziemskim życiem. Jest jak ciche światło — niewidoczne, a jednak
prowadzące. Wstawia się za nami, przypomina o tym, co najważniejsze: o dobru,
które rodzi się między ludźmi, kiedy potrafią być razem, kiedy mają wspólny
cel, kiedy nie boją się być dla siebie nawzajem darem.
Może
właśnie dlatego narodziła się idea Papieskiego Pociągu.
Od
2006 roku przemierzał on polskie szlaki — nie jak zwykły skład, lecz jak znak
pamięci. Zbudowany rękami kolejarzy jako dar wdzięczności, był czymś więcej niż
środkiem transportu. Był w drodze — jak człowiek. Nie stał nieruchomo jak
pomnik z kamienia. Przyjeżdżał do ludzi. Zatrzymywał się w miastach i małych
miejscowościach, jakby chciał powiedzieć: pamięć nie jest czymś odległym — ona
żyje, jeśli się nią dzielimy.
W
jego wnętrzu można było oglądać obrazy życia papieża. Ale prawdziwy obraz
tworzył się na zewnątrz — w oczach tych, którzy przychodzili na perony. W ich
skupieniu, w ciszy, w poruszeniu, które trudno nazwać. Jakby każdy z nich
spotykał coś więcej niż tylko wspomnienie.
Szczególnie
zapisały się w pamięci dni, gdy pociąg przemierzał Śląsk. Jechał przez miasta i
miasteczka, zatrzymywał się tam, gdzie czekali ludzie. Był jak pielgrzym —
niosący słowo, które nie starzeje się: o godności człowieka, o wierności, o
jedności. O tym, że nie jesteśmy stworzeni do podziałów.
A
jednak przyszła cisza.
Zaczęto
mówić o kosztach, o opłacalności, o rachunku ekonomicznym. Pociąg — który nie
przynosił zysku — przestał być potrzebny. Jakby zapomniano, że nie wszystko, co
ważne, da się przeliczyć.
I
tak pozostało pytanie.
Gdzie
jest dziś Papieski Pociąg?
Może
gdzieś stoi — odstawiony, zapomniany. A może jego droga po prostu się
skończyła. Ale jeśli tak, to czy naprawdę?
Bo
przecież jego sens nie polegał na tym, że jeździł. Jego sens polegał na tym, że
jednoczył ludzi. Że przypominał, kim jesteśmy, gdy jesteśmy razem.
Słowa
Ojca Świętego — „Nie dajcie się podzielić” — brzmią dziś może jeszcze mocniej
niż wtedy. Bo podziały nie zaczynają się w wielkiej polityce. Zaczynają się w
sercu człowieka.
A
jeśli coś może im się przeciwstawić, to nie wielkie idee, lecz proste
doświadczenie wspólnoty — takie, jakie rodziło się kiedyś na mokrym od deszczu
Muchowcu, w nocnych przygotowaniach w Gliwicach, na peronach śląskich miast.
Może
więc ten pociąg wciąż jedzie.
Nie
po torach, lecz w pamięci.
Nie między stacjami, lecz między ludźmi.
Nie jako maszyna — lecz jako znak.
I
dopóki ten znak trwa, dopóty droga się nie kończy.
Tekst
i zdjęcia
Jan Mieńciuk





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz